Dużo było ostatnio na blogach takich wpisów, które spowodowały, że postanowiłam napisać o moim największym przyjacielu.
Nie ma go już - na planie fizycznym - 15 lat prawie. Był ze mną w najgorętszym i najtrudniejszym okresie życia - dorastania i dojrzewania. Zdążył poznać dwoje najważniejszych ludzi w moim życiu (oprócz rodziców) - mojego męża i syna - choć ten był dopiero u mnie w brzuszku.
Nie umarł ze starości. Był chory. Było lato, a ja pracowałam w sklepie mięsnym trochę pomagając, trochę zarabiając (co generalnie samo w sobie było z jednej strony cennym doświadczeniem, z drugiej przeżyciem traumatycznym). Tata - którego Bufi był tak samo mocno jak mój, wyjechał.
Bufsiak codziennie, kilka razy dziennie wychodził z domu i udawał się w okolice śmietnika osiedlowego, gdzie rosła wierzba. Tam się kładł. Ja szłam po niego i trochę go ciągnąc, a trochę niosąc zabierałam z powrotem do domu. K. mi pomagał. Bufi już wtedy nie chodził na tylnych łapach. Powłóczył nimi.
15 lat temu byli inni weterynarze niż dziś. Inne lecznice. My sami mieliśmy inną mentalność. Nie umieliśmy mu pomóc.
Decyzję o uśpieniu podejmowałam sama - tato przez telefon oddał mi prawo decyzji - przekleństwo zdecydowania. Wspierał mnie oczywiście K. i moja siostra ze swoim przyjacielem - mieszkaliśmy wtedy razem.
Ja nie pojechałam z Nim. Miałam pracę. Pojechał K. Kiedy przyjechał do mnie i opowiadał oboje płakaliśmy. Bufi jeszcze przed snem spojrzał na niego...
Wierzycie w reinkarnację? Nie przypuszczałam, że będę miała drugiego psa. Bufi, jak się okazało, umarł na nowotwór układu pokarmowego. Żołądek, narządy wszystkie prawie...
Kiedy przywieźliśmy prawie 4 lata później Szimi, kupioną z ogłoszenia, bez rodowodu - nie zależało nam na papierku, ale nie byliśmy świadomi jak bardzo różnią się Hodowle i "hodowle"..., była maleńka, słodka i wesoła.
Jej stan pogorszył się gdzieś po 2 godzinach. Nagle zaczęła wymiotować, przestała jeść, pić... Jechaliśmy z nią późnym wieczorem do przychodni z sercem w gardle.
Lekarz kazał odczekać 2 dni, w tym czasie podawać jej siemię lniane. Szimi przeżyła te 2 dni. Po dwóch dniach lekarz rozpoczął leczenie. Powiedział, że najwyraźniej jest dość silna by powalczyć. Była bardzo silna. Chyba ze dwa tygodnie chodziła na kroplówki wlewane pod skórę. Miała takie dwa garby jakby, ale po bokach.
Gdy teraz o tym myślę, to się uśmiecham z czułością... Ale wtedy nie było wesoło... A dla mnie jakby domknęła się historia Bufiego w tej chorobie Szimi.
Mam nadzieję, że ona odejdzie zdrowa, a jedyne co jej będzie doskwierało wtedy to starość... :).
.





























Łezka mi się w oku zakręciła.
OdpowiedzUsuńTakie kroplówki pod skórę rozcieraliśmy naszej jamniczce - dostawała w wielu miejscach - okropnie to wyglada.
nasze zwierzaki - dziękuję :).
OdpowiedzUsuńTo prawda, że nie wygląda to dobrze. Ale ważne, że działa. Szimi pomogło.