Zadzwonił zapytać, co ma zrobić, bo podszedł do nich mały, zapłakany kociak..., wziąć, czy zostawić...
Trudno mi było radzić, bo mnie tam przecież nie było, mogło być tak, że a) został wyrzucony, b) został opuszczony przez mamę, c) wyszedł z któregoś z domów... Michał twierdził, że raczej to trzecie mało prawdopodobne, bo zabudowania daleko, z jednej strony rzeka z drugiej droga, a przy parkingu jedynie budynek transformatora i bardzo wysokie chaszcze, schodzące stromym brzegiem do rzeki... Lało i środek nocy, ale kociak zadbany i na oko zdrowy. Nie można było jednak i tej wersji, że kotek wyszedł i wróci, wykluczyć. Powiedziałam więc, żeby zrobił tak, by nie mieć później żalu do siebie i że jeśli weźmie kota, to pomogę... Trochę się naradzali, bo to przecież ogromna odpowiedzialność i bardzo trudna decyzja. Koniec końców wzięli kociaka.
Takiego mmsa dostałam przed pierwszą w nocy :).
Kociak wydawał mi się na tym zdjęciu całkiem duży...
W niedzielę wróciłam do domu wcześniej :) i okazało się, że maluch jest mały :D
Słodki i pieszczoch :)
Koło 11 Michał pojechał do Korbielowa wywiesić kartkę z ogłoszeniem o znalezieniu kota, ale tak naprawdę, to pojechał sprawdzić, czy to miauczenia z oddali, które wydawało im się, że słyszą w nocy, nadal będą słyszeć. Pojechał z kolegą. Miauczenie było. Kotek też był. Próbowali go złapać i to był chyba błąd, bo maluch zaczął uciekać... nie udało się... W chaszczach po pachy i zimnym deszczu, próbowali półtorej godziny. Kupili trochę jedzenia, ale nawet tak nie dało się zwabić maluszka...
Po konsultacjach podjęli decyzję, że wracają, Michał pożyczy klatkę łapkę i wróci z klatką spróbować raz jeszcze.
Pomyślałam, że pojadę z nim i spróbuję małego zawołać, niektóre koty boją się mężczyzn (Mirmiś się bał i do tej pory jest ostrożny), ale do kobiet przychodzą.
Misiek na 19 pojechał z kotkiem do wet (zdrowy, jedynie zapalenie spojówek), a koło 20, ubraliśmy się ciepło i pojechaliśmy razem na polowanie. Wzięliśmy jedzenie, kontener i tę klatkę łapkę. Było ciemno i zimno, ale deszcz nie padał. Rzeka bardzo głośno szumiała, bałam się, że nie usłyszę kota, jeśli jeszcze tam jest... W końcu usłyszałam nikłe miau... Wyraźnie odpowiadał na moje kicianie. Początkowo jednak nie mogłam go zlokalizować.
Z boków budynku transformatora były wejścia, pod nimi, jakby schód - betonowa płyta. To właśnie pod nią schował się malec. Bardziej to poczułam (siódmym zmysłem) niż usłyszałam ;).
Wyjęłam jedzenie, troszkę podrzuciłam w głąb, kotek miauczał, ale nie podchodził. Michał szykował klatkę, a ja próbowałam. Wiedziałam, że trzeba być cierpliwym. Zaczęłam stukać łyżeczką, najpierw w puszkę, później w kamyk, zmieniłam też kierunek światła. Kociątko się ruszyło!.... W międzyczasie przygotowaliśmy także kontener. Nie byłam pewna, czy bezpieczniej próbować malucha złapać gdy podejdzie, czy podstawić klatkę łapkę lub kontener pod wyjście (by uniknąć ryzyka, że czmychnie na bok)... Ale kociątko było już blisko, wyciągnęłam dłoń... Nie uciekł. Dotknęłam, nie uciekł... Opanowałam emocje, wyluzowałam się i czekałam. Wreszcie podszedł na tyle blisko, że szybkim ruchem złapałam go i raz dwa włożyłam do kontenera, który Michał już trzymał w pogotowiu. Uff! Co to była za radość! Możecie sobie wyobrazić :D...
A gdy się kotki zobaczyły?... Długo się "noskowały" i widać było, że się poznają i cieszą, że są razem :). Mogę zostawiać je teraz zamknięte w kocim pokoju, bo kocurek sam bardzo płakał...
Oba kotki są już po pierwszej wizycie u weterynarza, drugi maluch (tak jak się spodziewałam) okazał się dziewczynką i otrzymał imię Ofelia, są odrobaczone i czekamy, aż Otto (takie imię ma pierwszy kociak) wyleczy zapalenie spojówek by je oba zaszczepić. A później kociątka będą szukały nowych domów!!!
W tym miejscu w swoim i syna imieniu dziękuję Darkowi ze stowarzyszenia Dla Braci Mniejszych, który nam służył pomocą i konsultacjami w telefonicznym pogotowiu ;)... Kotki są objęte częściową opieką Stowarzyszenia.
Piękna opowieść z sercem. Nie poddawanie się uczucie i rozum. Jesteście cudni ♥.
OdpowiedzUsuń:), dziękujemy <3
UsuńNiech sie zdrowo chowają i szybciutko domy znajdą. :)
OdpowiedzUsuńNiech!... :) Dziękuję.
UsuńSą ludzie z sercem:)
OdpowiedzUsuńTak, całkiem ich dużo... :)
Usuńdobrze, że siostrzyczkę znaleźliście! i dwójce raźniej :)
OdpowiedzUsuńsyna już Ci gratulowałam, dla Ciebie też gratulacje, że tak pięknie Ci wyrósł :)
he he :) dziękuję ;*
UsuńZdaje się, że w "polowaniu" na koty w górach i okolicach, to Ty masz doświadczenie :) Bardzo fajne stworki. Coś jak mój Rozbój jak był mały. Dużo zdrowia dla nich!
OdpowiedzUsuńDziękujemy :)... Cieszę się, że się udało, choć powiem Ci, że pozostaje niepokój ile było kociaków... Otto - sobotnio/niedzielni był całkowicie mokry... Deszcz to jedno, a z drugiej strony ta rzeka... :/ Na pewno gdy zabieraliśmy Felcię to żadnego więcej nie słyszeliśmy, ani nie widzieliśmy..., ale skoro ktoś tam zostawił dwa koty, mógł też trzy i cztery... brrrrrrrrrr....
UsuńGratuluję syna i skutecznej akcji ! :D
OdpowiedzUsuńFajne te maluchy , oby szybko znalazły super domek , czy domki !
muszą najpierw kwarantannę przejść ;)... ale jestem pewna, że znajdą dobre domy lub wspólny dom :), koniecznie zakocone domy jeśli osobno, bo są niesamowicie przyjazne dla rezydentów.
Usuń